SAMOTNY MĘŻCZYZNA | A SINGLE MAN
reż.: Tom Ford | scen.: Tom Ford i David Scearce na podstawie powieści Christophera Isherwooda | zdj.: Eduard Grau | muz.: Abel Korzeniowski | wyst.: („Dziennik Bridget Jones”, „Dziewczyna z perłą”, „Wojna domowa”) | Julianne Moore („Magnolia”, „Kroniki portowe”, „Miasto ślepców”) | Nicholas Hoult | Matthew Goode | Ginnifer Goodwin i inni | USA | 2009 | 99 minut | Nagroda za rolę męską dla C. Firtha na MFF w Wenecji 2009 | C. Firth - nominacje do Oscara i Złotego Globu
George Falconer to mężczyzna po przejściach. Niedawno w wypadku samochodowym zginął jego kochanek. George, dystyngowany profesor uniwersytecki w średnim wieku, nie potrafi się z tym pogodzić. Próbuje żyć „normalnie”: wychodzi do pracy, odbywa zajęcia ze studentami, wraca do domu, odwiedza przyjaciółkę... Ale cały czas ma świadomość przymusu”. A przede wszystkim - bezsensu tych działań. Jesteśmy świadkami jednego dnia z jego życia. Dnia, w którym chce popełnić samobójstwo.
Wyróżniony na ubiegłorocznym festiwalu w Wenecji nagrodą Queer Lion „Samotny mężczyzna” to historia kilkuwątkowa. Na pierwszym planie obserwujemy zmagania bohatera z samym sobą, własną rozpaczą i bólem po śmierci ukochanej osoby. W tle tej opowieści toczy się historia o homoseksualnej miłości (George i Jim, choć nieoficjalnie, byli parą przez kilkanaście lat), która dojrzewała i nagle zgasła w otoczeniu nie aprobującym tego rodzaju relacji - na początku lat 60. XX wieku. Jest jeszcze trzecia historia, rozgrywająca się dyskretnie w cieniu pozostałych. Jej bohaterką jest kobieta, również opłakująca miłość, która minęła. Charley (jak zawsze znakomita Julianne Moore) była kiedyś kochanką George’a, teraz łączy ich przyjaźń. Samotna, trochę groteskowa czterdziestoparolatka próbuje brać z życia tyle, ile (w tej chwili) może dostać. Ale liczy na coś więcej niż przyjaźń.
Te przeplatające się płaszczyzny narracyjne, z wyraźną dominantą wątku głównego (George), zostały przez reżysera inteligentnie przełożone na język kina. Co wywołało niemałą konsternację i krytyki, i publiczności, bo Tom Ford jest co prawda postacią dobrze znaną w filmowym show biznesie, ale raczej z racji ubierania gwiazd niż obsadzania ich w swoich dziełach. Niedawno „Vogue”, biblia świata mody, ochrzcił go nawet „najlepszym projektantem świata”. Ford ma rzeczywiście imponujący dorobek na tym polu - pracował dla takich legend jak Yves Saint-Laurent czy Gucci i ubiera pierwszoplanowe postaci hollywoodzkiego „establishmentu”.
Jego reżyserski debiut nie jest jednak przestylizowany, pełen scenograficznego przepychu. To prawda - strona wizualna ma niemałe znaczenie w jego filmie. Ale o tyle, o ile podnosi temperaturę przekazu. Zdjęcia młodego hiszpańskiego operatora Eduarda Grau są niemal osobnym bohaterem. Wiele sekwencji utrzymanych jest w zimnej, szaro-stalowej kolorystyce, będącej odbiciem świata wewnętrznego bohatera. Tak wyglądają sceny na poły oniryczne, te, w których wspomina tragiczny wypadek przyjaciela czy te, w których planuje samobójstwo. Ta dominanta zmienia się, gdy George przebywa wśród ludzi: jest na uczelni czy rozmawia z sąsiadką przed domem. W Kalifornii nie ma miejsca na depresję. Ale rozświetlone słońcem sceny nie tchną optymizmem. Pełne jaskrawych barw kadry bardziej kojarzą się z duszną, piekielną atmosferą niż z beztroską Edenu. Amplitudę doznań bohatera podnosi wspaniała ścieżka dźwiękowa z nominowaną do Złotego Globu muzyką Abla Korzeniowskiego, 38-letniego krakowianina od kilku lat pracującego w Hollywood. (…)
Ford umiejętnie łączy zabiegi formalne komponując opowieść o wymiarze, po trosze, uniwersalnym. Śmierć jest nieodłączną częścią życia, choć na co dzień zapominamy o jej nieuchronności. Odejście tych, których kochamy, zwłaszcza nagłe, dramatyczne, wytrąca nas z krzepiącej rutyny codzienności. Trudno to przyjąć do wiadomości, jeszcze trudniej - zaakceptować i zacząć dalej żyć. George od ponad pół roku próbuje się pogodzić ze śmiercią kochanka, ale - wciąż nie potrafi. Jego postać może nie byłaby tak przekonująca, gdyby nie Colin Firth. 50-letni dziś aktor, nominowany do Oscara, nagrodzony brytyjską BAFTA oraz nagrodą w Wenecji, jest dziś niewątpliwie u szczytu zawodowych możliwości. Tworzy postać charyzmatyczną, pełną wewnętrznej prawdy, która pozwala zrozumieć siłę uczuć wciąż zakochanej w nim Charley i fascynację jego studenta, Kenny’ego. Samotność George’a i jego ból stają się wręcz namacalne.(…)
[Iwona Cegiełkówna | „Kino“ 2010 / nr 5]
Wyróżniony na ubiegłorocznym festiwalu w Wenecji nagrodą Queer Lion „Samotny mężczyzna” to historia kilkuwątkowa. Na pierwszym planie obserwujemy zmagania bohatera z samym sobą, własną rozpaczą i bólem po śmierci ukochanej osoby. W tle tej opowieści toczy się historia o homoseksualnej miłości (George i Jim, choć nieoficjalnie, byli parą przez kilkanaście lat), która dojrzewała i nagle zgasła w otoczeniu nie aprobującym tego rodzaju relacji - na początku lat 60. XX wieku. Jest jeszcze trzecia historia, rozgrywająca się dyskretnie w cieniu pozostałych. Jej bohaterką jest kobieta, również opłakująca miłość, która minęła. Charley (jak zawsze znakomita Julianne Moore) była kiedyś kochanką George’a, teraz łączy ich przyjaźń. Samotna, trochę groteskowa czterdziestoparolatka próbuje brać z życia tyle, ile (w tej chwili) może dostać. Ale liczy na coś więcej niż przyjaźń.
Te przeplatające się płaszczyzny narracyjne, z wyraźną dominantą wątku głównego (George), zostały przez reżysera inteligentnie przełożone na język kina. Co wywołało niemałą konsternację i krytyki, i publiczności, bo Tom Ford jest co prawda postacią dobrze znaną w filmowym show biznesie, ale raczej z racji ubierania gwiazd niż obsadzania ich w swoich dziełach. Niedawno „Vogue”, biblia świata mody, ochrzcił go nawet „najlepszym projektantem świata”. Ford ma rzeczywiście imponujący dorobek na tym polu - pracował dla takich legend jak Yves Saint-Laurent czy Gucci i ubiera pierwszoplanowe postaci hollywoodzkiego „establishmentu”.
Jego reżyserski debiut nie jest jednak przestylizowany, pełen scenograficznego przepychu. To prawda - strona wizualna ma niemałe znaczenie w jego filmie. Ale o tyle, o ile podnosi temperaturę przekazu. Zdjęcia młodego hiszpańskiego operatora Eduarda Grau są niemal osobnym bohaterem. Wiele sekwencji utrzymanych jest w zimnej, szaro-stalowej kolorystyce, będącej odbiciem świata wewnętrznego bohatera. Tak wyglądają sceny na poły oniryczne, te, w których wspomina tragiczny wypadek przyjaciela czy te, w których planuje samobójstwo. Ta dominanta zmienia się, gdy George przebywa wśród ludzi: jest na uczelni czy rozmawia z sąsiadką przed domem. W Kalifornii nie ma miejsca na depresję. Ale rozświetlone słońcem sceny nie tchną optymizmem. Pełne jaskrawych barw kadry bardziej kojarzą się z duszną, piekielną atmosferą niż z beztroską Edenu. Amplitudę doznań bohatera podnosi wspaniała ścieżka dźwiękowa z nominowaną do Złotego Globu muzyką Abla Korzeniowskiego, 38-letniego krakowianina od kilku lat pracującego w Hollywood. (…)
Ford umiejętnie łączy zabiegi formalne komponując opowieść o wymiarze, po trosze, uniwersalnym. Śmierć jest nieodłączną częścią życia, choć na co dzień zapominamy o jej nieuchronności. Odejście tych, których kochamy, zwłaszcza nagłe, dramatyczne, wytrąca nas z krzepiącej rutyny codzienności. Trudno to przyjąć do wiadomości, jeszcze trudniej - zaakceptować i zacząć dalej żyć. George od ponad pół roku próbuje się pogodzić ze śmiercią kochanka, ale - wciąż nie potrafi. Jego postać może nie byłaby tak przekonująca, gdyby nie Colin Firth. 50-letni dziś aktor, nominowany do Oscara, nagrodzony brytyjską BAFTA oraz nagrodą w Wenecji, jest dziś niewątpliwie u szczytu zawodowych możliwości. Tworzy postać charyzmatyczną, pełną wewnętrznej prawdy, która pozwala zrozumieć siłę uczuć wciąż zakochanej w nim Charley i fascynację jego studenta, Kenny’ego. Samotność George’a i jego ból stają się wręcz namacalne.(…)
[Iwona Cegiełkówna | „Kino“ 2010 / nr 5]



