BOSO, ALE NA ROWERZE | DE HELAASHEID DER DINGEN
reż.: Felix Van Groeningen | scen.: Christophe Dirickx | Felix Van Groeningen wg powieści Dimitri Verhulsta | zdj.: Ruben Impens | muz.: Jef Neve | wyst.: Kenneth Vanbaeden | Valentijn Dhaenens | Koen De Graeve i inni | Belgia | Holandia | 2009 | 108 minut
Protekcjonalna opinia, że film i książka, na podstawie której powstał, są tylko kolejną realizacją długiej tradycji dickensowskiej, niczego nie wyjaśnia. Owszem, Dimitri Verhulst opisuje własne dorastanie w nędzy, ale podobne autobiograficzne relacje powstawały i powstawać będą, póki istnieją warunki zmuszające utalentowane, wyrastające ponad przeciętność jednostki do dramatycznej walki o samorealizację. Trzynastolatek Gunther wychowuje się w rodzinie pijaków i nierobów, w której bynajmniej nie jest prześladowany. Trzej starsi bracia, a nawet ojciec, traktują go brutalnie, ale po przyjacielsku, jako rodzaj maskotki. Babka, w której ciasnym domu wszyscy mieszkają, jest po prostu dobra i opiekuńcza, a nawet wsuwa mu, kiedy może, pieniądze do kieszeni. Chodzi przecież o rower, który jest dla chłopaka wszystkim, a także ułatwia uczęszczanie do szkoły daleko od domu. Matka dawno odeszła, a przy rzadkich spotkaniach jest tylko obojętna. Ma własne życie. Co czeka takiego chłopca? Albo szybko dorośnie - czego dowodem będzie pierwszy seks z kobietą, jak powtarzają mu bracia ojca - i stanie się jeszcze jednym członkiem dumnej, choć prześladowanej (we własnym przekonaniu) przez życie rodziny Strobbe, albo zdoła się usamodzielnić.
Autor pierwowzoru literackiego, Dimitri Verlhulst, rocznik 1972, próbował rodziny zastępczej i szkoły z internatem, aby zadebiutować w 1992 autobiograficzną książką. Z powodu następnej, też autobiograficznej, znalazł się w sądzie, oskarżony przez matkę o obraźliwy wizerunek. Zyskał w Belgii sławę pisarza kontrowersyjnego, utwierdzoną wkrótce szokującym opisem życia w ośrodku dla uchodźców w Arendonk. Mały Gunther też decyduje się na zamieszkanie w internacie, a jego pierwsze literackie próby są tekstami pisanymi (i przez nikogo nie czytanymi) jako kara za spóźnienia. Ale hałaśliwe życie w dysfunkcjonalnej - tak w każdym razie widzą to organizacje społeczne - rodzinie nigdy nie przestaje go pociągać. Wbrew wszystkiemu to życie wesołe, pełne absurdalnych wyskoków. Wyścig na rowerach - ale na golasa, planszowa gra Tour de France - ale wymagająca morza alkoholu, mistrzostwa świata - ale w piciu piwa. Takimi rozrywkami Strobbe'owie bronią się przed rzeczywistością, która wyrywa czasem któregoś z członków ich klanu do więzienia, przecież jednak nie na długo. Można więc żyć sobie, niczym się nie przejmując. Bezproduktywność nigdy nie stanowi problemu. Są przecież zasiłki dla bezrobotnych i renta babki. Jednak Gunther jest uparty i wkracza w końcu na własną ścieżkę. (…)
Prawda, a także swoista egzotyka filmu tkwi w mocno podkreślonym lokalnym klimacie. Reetveerdegem, gdzie toczy się akcja, jest małym flandryjskim miasteczkiem. Sposób bycia, prostacki, ale zaraźliwy humor, swoiste poczucie absurdu sąsiadujące z wybuchami nieokiełzanego szaleństwa - to cechy Flamandów opisywane w literaturze od Dyla Sowizdrzała poczynając. Reżyser Felix Van Groeningen (rocznik 1977) też pochodzi z Flandrii i znakomicie portretuje na ekranie rodaków, traktując swoich bohaterów z sympatią, ale też z nieco sardonicznym dystansem. Piękny romans małego oszusta i naiwnej prostytutki ("Steve + Sky") albo grupa przyjaciół, której wzajemna lojalność narażona zostaje na próbę przez powracającego z zagranicy, zmienionego nieobecnością kolegę ("Dagen zonder lief")... Kameralne tematy osadzone w bystro obserwowanych realiach. To jednak nie wszystko. Van Groeningen patrzy szerzej, potrafi bez ostentacji, ale konsekwentnie wydobywać to, co pozornie tylko maskują barwne, naturalistycznie ukazane szczegóły i cudownie bezpośrednie aktorstwo. Wymiar lokalny i wymiar uniwersalny: takie właśnie powinno być kino europejskie.
[Andrzej Kołodyński | "Kino" | 2010 | nr 6]
Autor pierwowzoru literackiego, Dimitri Verlhulst, rocznik 1972, próbował rodziny zastępczej i szkoły z internatem, aby zadebiutować w 1992 autobiograficzną książką. Z powodu następnej, też autobiograficznej, znalazł się w sądzie, oskarżony przez matkę o obraźliwy wizerunek. Zyskał w Belgii sławę pisarza kontrowersyjnego, utwierdzoną wkrótce szokującym opisem życia w ośrodku dla uchodźców w Arendonk. Mały Gunther też decyduje się na zamieszkanie w internacie, a jego pierwsze literackie próby są tekstami pisanymi (i przez nikogo nie czytanymi) jako kara za spóźnienia. Ale hałaśliwe życie w dysfunkcjonalnej - tak w każdym razie widzą to organizacje społeczne - rodzinie nigdy nie przestaje go pociągać. Wbrew wszystkiemu to życie wesołe, pełne absurdalnych wyskoków. Wyścig na rowerach - ale na golasa, planszowa gra Tour de France - ale wymagająca morza alkoholu, mistrzostwa świata - ale w piciu piwa. Takimi rozrywkami Strobbe'owie bronią się przed rzeczywistością, która wyrywa czasem któregoś z członków ich klanu do więzienia, przecież jednak nie na długo. Można więc żyć sobie, niczym się nie przejmując. Bezproduktywność nigdy nie stanowi problemu. Są przecież zasiłki dla bezrobotnych i renta babki. Jednak Gunther jest uparty i wkracza w końcu na własną ścieżkę. (…)
Prawda, a także swoista egzotyka filmu tkwi w mocno podkreślonym lokalnym klimacie. Reetveerdegem, gdzie toczy się akcja, jest małym flandryjskim miasteczkiem. Sposób bycia, prostacki, ale zaraźliwy humor, swoiste poczucie absurdu sąsiadujące z wybuchami nieokiełzanego szaleństwa - to cechy Flamandów opisywane w literaturze od Dyla Sowizdrzała poczynając. Reżyser Felix Van Groeningen (rocznik 1977) też pochodzi z Flandrii i znakomicie portretuje na ekranie rodaków, traktując swoich bohaterów z sympatią, ale też z nieco sardonicznym dystansem. Piękny romans małego oszusta i naiwnej prostytutki ("Steve + Sky") albo grupa przyjaciół, której wzajemna lojalność narażona zostaje na próbę przez powracającego z zagranicy, zmienionego nieobecnością kolegę ("Dagen zonder lief")... Kameralne tematy osadzone w bystro obserwowanych realiach. To jednak nie wszystko. Van Groeningen patrzy szerzej, potrafi bez ostentacji, ale konsekwentnie wydobywać to, co pozornie tylko maskują barwne, naturalistycznie ukazane szczegóły i cudownie bezpośrednie aktorstwo. Wymiar lokalny i wymiar uniwersalny: takie właśnie powinno być kino europejskie.
[Andrzej Kołodyński | "Kino" | 2010 | nr 6]



