EN

PL

DESZCZ | BARAN

scen i reż.: Majid Majidi | zdj.: Mohammad Davudi | muz.: Ahmad Pezhman | wyst.: Hossein Abedim | Zahar Bahrami I i inni | Iran | 2001

Opowieść zaczyna się od napisu informującego, że Iran stał się schronieniem dla milionów Afgańczyków, uciekających przed wojną i terrorem talibów. Przytoczone tu liczby nie są jednak prawdziwe: napis dodano, gdy film wszedł do obiegu festiwalowego (latem 2001 roku), jeszcze przed 11 wrześniem i wojną USA z talibami. Z innych filmów, choćby "Kandaharu" Makhmalbafa wiadomo, że nie tylko liczba uchodźców jest zmienna, ale i powody tego exodusu. Owszem, talibowie, wojna i rygoryzm religijny, przy którym islam irański wydaje się oazą liberalizmu (choć nie brakuje opinii, że częste w kinie irańskim podejmowanie wątków religijnych w społeczności afgańskich uchodźców czy Kurdów jest kamuflażem rodzimych problemów i wątpliwości), nie można jednak zaprzeczyć przyczynom ekonomicznym. Inna sprawa, że Afgańczycy - przynajmniej w części - zapewne wróciliby do swych rodzin i w swoje strony, gdyby tylko zapłacono im za pracę.

Sama kwestia uchodźstwa ma jednak w filmie Majidiego znaczenie drugorzędne. Tematem "Deszczu" jest bowiem miłość a właściwie: cud miłości - to wszystko, co towarzyszy narodzinom uczucia. I jeszcze jeden cud: jak do tych narodzin dochodzi.

Chłopak jest Kurdem, pracuje na budowie w Teheranie, do jego obowiązków należy gotowanie herbaty dla robotników. Codziennie pokonuje drogę między budową a sklepem w śródmieściu, gdzie pobiera potrzebne produkty - pobiera, a nie kupuje, bowiem kierownik budowy nie dysponuje gotówką. Nie płaci za herbatę, ale też nie płaci ludziom, trzymając tym samym w szachu swoją załogę, głównie nielegalnie zatrudnionych afgańskich uchodźców. Ale pewnego dnia Lateef naraża się kierownikowi i traci swoją wygodną funkcję. Aby utrzymać się na budowie, musi dźwigać worki z cementem. Jego rolę spełnia teraz afgański wyrostek, przychodzący na budowę ze swym stryjem. Lateef nie lubi chłopca, który zajął jego miejsce, próbuje utrudniać mu pracę, płata głupie figle. Ale pewnego dnia orientuje się, że to nie chłopiec, ale nastoletnia dziewczyna, która w chłopięcym przebraniu utrzymuje swego chorego ojca i resztę rodziny. Wkrótce stosunek Lateefa do Baran zmienia się diametralnie: nastolatek zakochuje się w niej bez pamięci i próbuje ze wszelkich sił jej pomóc. Nawet wówczas, gdy uniemożliwiając pościg inspektorów pracy za nielegalnie zatrudnioną Afganką, chroni tajemnicę jej płci, ale w rezultacie traci pracę. W ciągu krótkiego czasu z lekkoducha zmienia się w chłopca o wielkiej wrażliwości, zdolnego do najwyższych poświęceń. To dzięki niemu i zdobytym przez niego pieniądzom rodzina Baran będzie mogła wrócić do Afganistanu, choć oznacza to nieuchronne rozstanie z ukochaną.

Kobieta w męskim przebraniu spełniająca funkcje społeczne przypisane mężczyźnie - to archetyp zapisany w tradycji wielu kultur. Ale Baran różni się od dziesiątków wzorców osobowych: przebiera się nie po to, by walczyć z bronią w ręku, ale po to, by walczyć o byt. To trudniejsze, zwłaszcza w kulturze tak specyficznej jak islamska. Inna sprawa, że choć wzór jest powszechny, należy już do przeszłości - współcześnie chyba tylko tam, wśród muzułmanów, podobna historia może okazać się prawdopodobna.

Majid Majidi opowiada historię Lateefa i Baran jakby mówił wiersz - jego film ujmuje prostotą i poetyckim nastrojem. Speszony własnym uczuciem gadatliwy nastolatek, który dzięki tej miłości dojrzewa i szlachetnieje, i milcząca, skrywająca swoją tożsamość dziewczyna - dwoje zwykłych młodych ludzi w sytuacji niby zwyczajnej, ale jakże zarazem niezwykłej. Niezwykłe w całej swej szarej zwykłości jest tło miłosnej historii. Biedne ulice, plac budowy, gdzie wszystko robi się ręcznie, obóz uchodźców - a przecież to wszystko wygląda jakby namalowane słońcem, jak napisał jeden z recenzentów, jakby przeniesione z płócien mistrzów holenderskich, jak chce inny. A może z perskich miniatur? Takich jak ten skromny, ujmujący film.


[Kamil Rudziński | "Kino"]