EN

PL

PÓŁKSIĘŻYC | NIWEMANG

scen.: Bahman Ghobadi | Behnam Behzadi | reż.: Bahman Ghobadi | zdj.: Nigel Bluck, Crighton Bone | muz.: Hossein Alizadeh | wyst.: Golshifteh Farahani | Ismail Ghaffari | Allah Morad Rashitian | Hedye Tehrani i inni | Iran | Irak | Austria | Francja | 2006 | 107 minut

(…) Głównym bohaterem irańskiego "Półksiężyca" jest właśnie podróż, a jej cel to śmierć. Wiadomo to od samego początku filmu, a dokładniej - od momentu, kiedy pojawia się Mamo, legendarny muzyk, który wyrusza na wyprawę do Iraku, żeby zagrać koncert w Kurdystanie. W drogę bierze ze sobą dziesięciu synów, ryzykując, że narazi nie tylko siebie, lecz również rodzinę. Nad Mamo ciąży przepowiednia (w czasie półksiężyca ma wydarzyć się nieszczęście), ale chyba nie potrzeba mu wróżb, by wiedzieć, że koncert w Kurdystanie będzie ostatni w jego życiu. Przed oczyma Mamo wciąż pojawia się na wpół senna wizja - leży w drewnianej trumnie, gdzieś na zboczu zaśnieżonej góry. Sędziwy artysta ma pewność, że ten majak się spełni.

Ale w tym wypadku ostatnia podróż jest zarazem pierwsza. Zespół wyrusza z jednego powodu: upadł reżim Saddama Husseina, po 35 latach koncert w Iraku stał się możliwy. Zdobycie pozwolenia na przekroczenie granicy zajęło siedem miesięcy, tyle trwały też przygotowania do występu. Czas odgrywa tu olbrzymią rolę - zostało go tak niewiele, tylko pośpiech pozwoli doprowadzić podróż do szczęśliwego zakończenia. Wyścig z czasem jest utrudniony, przeszkody piętrzą się na każdym kroku: nie wszyscy członkowie zespołu chcą dołączyć do wyprawy, córka Mamo, Hesho, nie może legalnie wjechać do Iranu, a występ kobiety wśród mężczyzn jest zabroniony.

Trudności wynikają zapewne także stąd, że świat Mamo powoli się rozsypuje, a być może nigdy nie był monolitem. Muzyk, otoczony kultem, uważany za mędrca, nie ma kontroli ani nad niesprzyjającymi okolicznościami, ani nad swoim zespołem. To grupa silnych i niepokornych ludzi - szkoda, że zaledwie naszkicowanych przez reżysera. Napięcie, które napędza film Bahmana Ghobadiego, rodzi się właśnie na osi zespół - Mamo, w starciu różnych indywidualności z niepodważalnym autorytetem. Autorytetem, który w imię upragnionego koncertu jest w stanie poświęcić życie swoich synów.

Ale chociaż droga jest tak wyboista, a misja poważna, film Ghobadiego tętni humorem i radością. Być może radość to złe słowo - "Półksiężyc" jest euforyczny. Siedem miesięcy pracy i przygotowań rodzi w czasie podróży pulsujące poczucie szczęścia, cel wydaje się wreszcie osiągalny. Paradoksalnie zbliżająca się śmierć Mamo nadaje entuzjazmowi wyprawy dodatkowy ton: zachwytu nad światem. I nie jest to prosta pochwała życia, ale spotęgowane przez przejmujące zdjęcia górzystych krajobrazów poczucie harmonii, której nie może zakłócić żaden międzyludzki konflikt. W rzeczywistość Mamo ingerują raz po raz niezauważalne nadprzyrodzone siły, dzięki którym umarli mogą się ocknąć, a śpiew ratuje życie. To dziwny świat, niezgłębiony i niejasny, pozostawiający niezatarte wrażenie.

Opowieść o człowieku stojącym na granicy między życiem a śmiercią, który chce sprostać ostatniemu zadaniu: temat wpisujący się w wielowiekową tradycję sztuki. Nie zmienią tego telefony komórkowe i laptopy, używane przez synów Mamo, i właściwie chyba nie mają tego zmieniać. Naród i rodzina pozostają jednością, mimo przemian cywilizacyjnych, kulturowych i politycznych. Można odnieść wrażenie, że Ghobadi zdecydował się na sfilmowanie współczesnego eposu, by uniknąć pytań o możliwość zachowania obecnego kształtu kurdyjskiej kultury. I jeśli tematem "Półksiężyca" jest ostatnia droga Mamo, to po to, żeby wzniosłość stała się jeszcze wznioślejsza. Szkoda, że Bahman Ghobadi nie zdecydował się pokazać, jak kres jednej drogi przemienia się w początek następnej.


[Agnieszka Jakimiak | "Kino"]