EN

PL

MATKA TERESA OD KOTÓW

scen. i reż.: Paweł Sala | zdj.: Mikołaj Łebkowski | muz.: Marcin Krzyżanowski | wyst.: Ewa Skibińska | Mateusz Kościukiewicz | Mariusz Bonaszewski | Filip Garbacz i inni | Polska | 2010 | 95 minut

Debiut fabularny Pawła Sali obezwładnił mnie. A ściślej prawie obezwładnił. W tym filmie jest coś z lakonicznego opisu zbrodni znanego z dramatu, który opublikowano w ósmym numerze „Dialogu” w 1995 roku - z bulwersującej, wywołującej dyskusje „Młodej śmierci” Grzegorza Nawrockiego, której autor nadał podtytuł „mikrodramatyczne etiudy na tematy prasowe”. Tekst Nawrockiego i film Sali są identycznej proweniencji, wyrastają z inspiracji rzeczywistością. Nawrocki zareagował na serię informacji o nastoletnich mordercach, jaka pojawiła się w Polsce w pierwszej połowie lat 90., Sala na wiadomość o tym, że dwaj chłopcy zabili matkę. W antologii „Pokolenie porno i inne niesmaczne utwory teatralne” można przeczytać, że w 2002 roku Paweł Sala miał rozpocząć zdjęcia do „Głowy Medei”, w realizacji przeszkodziła afera Lwa Rywina, bowiem film produkować miał Heritage Films. „Matka Teresa od kotów” to powrót do tamtego projektu, w obu historiach chodzi o to samo, o zabicie matki przez dwóch synów.

Filmowi niewątpliwie patronuje Nawrocki i jego behawiorystyczny opis nastawiony tylko na pokazanie zachowania, czynności i ich wyników, bez wnikania w psychologię postaci, poznawanie motywów. Trop Nawrockiego można również odnaleźć w opublikowanym w przywołanej już antologii dramacie Sali „Od dziś będziemy dobrzy” (zrealizowanym dla Teatru TVP w reżyserii autora, premiera w 2004). Jeden z pensjonariuszy poprawczaka prowadzonego przez zakonników opowiada opiekunom o zamordowaniu swojej dziewczyny, Magdy. Miała wszy i to stało się powodem zbrodni. U Nawrockiego również za wszy zabija Ewę jej chłopak, Adach. O ile jednak u Sali morderstwo (zresztą okrutne, a relacja sprawcy jeszcze bardziej podbija emocje) to kara za niechlujstwo, u Nawrockiego wszystko zaczyna się jak wygłup, zgrywa, bierze się z plotek i szczeniackiego podpuszczania, a kończy fatalnie. Żadnego spowinowacenia tu jednak nie ma, dwóch autorów po prostu zainspirowało jedno wydarzenie, które różnie zinterpretowali. I u Nawrockiego, i u Sali zło po prostu się dzieje. W „Młodej śmierci” chłopak zabija ojca, bo irytuje go niepunktualność syna; inny morduje swoją dziewczynę, bo boi się ośmieszenia; jeszcze inny, z dobrej rodziny (ojciec nauczyciel akademicki, matka nauczycielka), morduje matkę swojego kolegi, bo odstręczała go jej bliskość. Nikt niczego nie wyjaśnia, stało się. Autor nie docieka przyczyn. Nie ma tu dywagacji, że dorośli, że transformacja i związana z nią „trauma wielkiej zmiany”, czyli - między innymi - upadek autorytetów, zaburzenie hierarchii stratyfikacyjnej; że nikt z nimi nie rozmawia, a młodzież dzisiaj wcześnie dorasta, choć niekoniecznie dojrzewa. Bzdury. Śmieszność tłumaczenia, dlaczego ktoś kogoś zabił (bo przecież tego wytłumaczyć się nie da), ujawnia Sala wprowadzając wstawki: a to o grach komputerowych, a to o zainteresowaniach para-psychologicznych starszego syna. To właśnie z owych insertów wzięło się psujące odbiór „Matki Teresy od kotów” - „prawie”. Zrozumiałam to dopiero wtedy, kiedy zaczęłam porządkować swoje doznania po obejrzeniu filmu. Bo niby dlaczego wszystko mi pasuje, a coś jednak nie pasuje? I co nie pasuje? Przerywniki, kiedy chłopcy grają albo kiedy starszy coś bredzi o jakimś dziwnym kierunku studiów, albo wypróbowuje swoją moc uzdrawiania... na kocie. Ale reszta pasuje. Aktorstwo doskonałe, przede wszystkim Mateusza Kościukiewicza i Filipa Garbacza. Sposób opowiedzenia - fascynujący, i nie obchodzi mnie czy odwrócenie chronologii wydarzeń to wpływ Nolana, czy Noégo. Tego nie można było opowiedzieć inaczej. Dawkowanie informacji - wzorowe, absolutnie pozbawione choćby śladu szantażu emocjonalnego.

Kino, również polskie, przyzwyczaiło nas do sympatyzowania ze zbrodniarzem. Poznajemy motyw i już współczujemy. Pamiętamy, co działo się po „Długu”, kiedy ludzi z realu zaczęliśmy postrzegać przez wirtual. A zbrodnia to przecież zbrodnia. Owszem, psychika widza szuka okoliczności łagodzących, czegoś, czym można by usprawiedliwić czyn Artura i Marcina z filmu Sali, ale niczego takiego akurat w tym filmie nie ma. Ślady takich poszukiwań znalazłam między innymi w tekstach recenzentów, którzy dostrzegli, że „Matka Teresa od kotów” to film o pragnieniu władzy. Oczywiście, święte prawo recenzentów - zwłaszcza wykorzystujących do analizy filmów zaplecze socjologiczno-antropologiczne - interpretować jak się chce i przy użyciu dowolnej metody badawczej. Że słaby ojciec, że walka dwóch mężczyzn, że przekroczenie absolutnego tabu - bo ucięcie głowy. I to matce. Że to nawet w micie trudno znaleźć. Proponując wycyzelowaną, wyczyszczoną formę Sala (nie można też nie docenić niemal ascetycznych zdjęć Mikołaja Łebkowskiego) opowiada po prostu o złym człowieku. Źli ludzie przecież się zdarzają. O złu, które nawet nie musi mieć przyczyn. Rodzice chłopców? Normalni, kochający się, dopiero potem wszystko się psuje. Ojciec zmęczony misją w Afganistanie, matka - miłośniczka kotów, zmuszona do zarabiania na dom, bo ojciec pośliznął się na funduszach inwestycyjnych, co naprawdę nie jest patologią. Przyjaciółka domu też normalna. To, że młodszy brat jest wpatrzony w starszego, to też raczej sytuacja standardowa. Zatem dlaczego?

Bo Artur jest zły. Odkształca każdą relację. Nie umie dogadać się z sympatią, którą kiedyś miał. Terroryzuje brata. Szantażuje ojca. Upokarza znajomą. Znęca się nad matką - jest w filmie scena, ocierająca się o kazirodcze zacietrzewienie, kiedy masaż pleców kobiety kończy się raczej niesynowskim przytuleniem. Jest zły i chce wypróbować, ile może. A może dużo. Zło w chłopaku nie ma przyczyn, powodów. Gdzieś tam podczas seansu „Matki Teresy od kotów” przypomniałam sobie innych złych chłopców, „Braci Witmanów”. O ile jednak zarówno w opowiadaniu, jak i w filmie Janosa Szasza wyczuwalna była fascynacja śmiercią, a także obecny był, tak charakterystyczny dla utworu o inicjacji, konglomerat erotyki i śmierci, to „Matka Teresa od kotów” jest podobnych tropów pozbawiona. I dobrze. Przynajmniej mamy czystą sytuację. I nie możemy usprawiedliwiać potwora.

Bo Mateusz Kościukiewicz zagrał potwora i to pozbawionego wdzięku, aż trudno uwierzyć, że to ten sam chłopiec, którego można było oglądać we „Wszystko co kocham”. Potwór sprawdza, ile może. Jedyna kwestia, nad którą można się zastanawiać, to dlaczego nikt potwora nie utemperował? Nie dostrzegł objawów, że coś z tym młodym mężczyzną jest nie tak? Nie dostrzegał z wyczerpania, ze zmęczenia? Oglądając film Sali miałam wrażenie, że wchodzę do świata ludzi koszmarnie umęczonych. Może zatem chodziło o pokazanie świata zmęczonego codziennością? Nudną. Banalną. Pustą. Bez emocji. A może Artur był tak charyzmatyczny, że nikt nawet nie pomyślał o sprzeciwie? Ale przecież widzimy, że próbowali coś robić - i znajomy psycholog, i przyjaciółka rodziny, bo rodzice odpadli na samym początku. Tylko że nikt nie spodziewał się aż takich konsekwencji. Nikt stanu chłopaka i wynikającego z tego zagrożenia nie brał poważnie. I nikt nie spodziewał się aż takiego zła. Zła absurdalnego. Paweł Sala niczego nie ocala. Niestety, w tym wypadku nie mogę użyć słówka „prawie”.


[Katarzyna Taras | „Kino“ | 2010 | nr 9]